Kategorie

OBLICZENIA WYTRZYMAŁOŚCIOWE

Podsłuchane.
 
Wnioski z wykonanych obliczeń:

- Teoretycznie nie powinno to pierdolnąć.

SAMOCZYSZCZENIE

 Postanowiłam użyć dzisiaj magicznego przycisku w piekarniku - SAMOCZYSZCZENIE. Takie cudo, że się włącza, piekarnik się nagrzewa do 500 stopni, resztki tłuszczu, które przywarły i za nic nie chcą dać się wyczyścic szmatką, spalają się, i wystarczy potem tylk zetrzeć popiołek i piekarnik lśni. Przerażało nas to 500 stopni, więc nigdy dotąd się nie odważyliśmy, ale dzisiaj postanowiłam być dzielna i wcisnęłam ten przycisk. Po chwili rozległ się z kuchni dziwny, głuchy dźwięk. Takie pyknięcie. Sprawdziałm czy coś nie spadło może, ale nie, wszystko było na swoim miejscu, a piekarnik się samooczyszał.

 Faktycznie – po godzinie błyszczał, jak nowy. Starłam popioły i przetarłam szybę od wewnątrz, taka podwójną. I jak się zapewne domyślacie, to pyknęła szyba. Pękła znaczy. Albo więc bajer z samooczyszczaniem nie jest dopracowany, albo ta szyba coś nie halo.

 Nic to, nie takie problemy się rozwiązywało. Przecież mam wszystkie gwarancje i rachunki, bo sprzęty były kupione rok temu. 

 Po przekopaniu domu i biura znalazłam wszystkie rachunki. Oczywiście oprócz tego od piekarnika. Samozniknął. Karta gwarancyjna jest nieważna bez dowodu zakupu, ale to i tak nie ma znaczenia, bo "elementy szklane nie podlegają gwarancji".

 Mam tylko nadzieję, że dodzwonię sie jutro do serwisu, miły pan serwisant będzie miał tę szybę i chętnie przyjedzie szybko mi ją wymienić. Jutro z podróży wraca Rafał, który zawsze mówił, żeby nie ruszać tego guzika, bo licho nie śpi. Może się uda wymienić ją zanim wróci i wówczas złożę tylko samokrytykę połączoną za samouwielbieniem, że jestem taką dzielną i zaradną kobietą, która szybko rowiązała problem samodestrukcyjnego piekarnika.

 Obawiam się jednak, że życie nie jest aż tak piękne. 

 Pójdę więc się samooczyścić do jaccuzi. Korci mnie, żeby wlać sobie płyn do kąpieli, choć Rafał ostrzegał, że to się może źle skończyć, ale co on tam wie.

STAROŚĆ NIE RADOŚĆ

 Udałam się na pocztę odebrać mężowil list polecony. 
Kolejka, dziki tłum, jak zwykle. I jak zwykle znajdują się ludzie, którzy są ponad to i podchodzą do urzędniczki, gdy tylko zwolni sie przestrzeń przed okienkiem, tak szybko, żeby prawomocny następy nie zdążył dobiec. I jeszcze są bardzo zdziwieni, gdy zwraca się im uwagę.
- O, kolejka?! Nie zawuażłem – dziwią się bardzo.
Tak, doprawdy trudno jest zauważyć ogonek złożony z 17 osób (liczyłam, to wiem).
Ale co to ja chciałam? Aha! No więc do męża przyszedł list z Politechniki, gdzie mąż w pierwszym semestrze przekazywał swoją wiedzę studentom. PIT po prostu.
Pani z okeinka spojrzała na stempel nadawcy, na mnie i stwierdziła:
- A, to do syna. Proszę podpisać. – i przy moim podpisie dopisała "matka".
Nie sprostowałam, bo co mi tam, ale gdy uświadomiłam sobie, że wyglądam na matkę studenta, poczułam, że jestem stara (ale nie gruba, co jest trochę dziwne…).

MOJE WIGILIE


Ta, podczas której dostałam pod choinkę "Karolcię" Marii Kruger. I skądś wiedziałam, że to nie Aniołka lecz od dziadzia Antosia. Miałam wtedy 8 lat.

Ta bardzo pospieszna, trochę naciągana, właściwie robiona dla mnie, bo rodzice byli myślami w szpitalu, gdzie leżał nieprzytomny brat – potrącony przez samochód, gdy przebiegal przez jezdnię na czerwonym świetle (w sumie trochę glupio zostac przejechanym przez warszawę). I babcia Hania, która swoim zwyczajem kiwnęła na mnie palcem, żebym poszła za nią do jej mieszkania na górę. Bo brat schował u niej prezenty dla wszystkich. Nie pamiętam, co dostałam, pamiętam, że pojechaliśmy do szpitala i tam spędziliśmy resztę wieczorui. Miałam chyba 12 lat

Ta ostania z mamą, gdy wyspinała się do nas na czwarte piętro, co było dla niej nie lada wysiłkiem. Na każdym półpiętrze czekało na nią krzesło, żeby mogła sobie odpocząć. 

To ciekawe, ale tej pierwszej bez mamy nie pamiętam.

I ta dzisiejsza – można by rzec międzynarodowa, bo z dwoma Australijczykami. Jeden z nich mieszka w Polsce od czterech lat i nikt go nigdy nie zaprosił na Wigilię. Bo to przecież rodzinne święto, a ten dodatkowy talerz dla niespodziewanego gościa to tylko tradycja bez znaczenie. Byłam przekonana, że taki Australijczyk, nauczyciel, ktory spotyka się codziennie z mnóstwem ludzi, ma wiele zaproszeń i naszego juz nie przyjmie, a tu niespodzianka. Niestety miał kulinarnego pecha, bo okazalo się, że nie jada grzybów i karpia, a u nas zupa grzybowa, grzybki duszone, karp i zupa rybna. Z karpia oczywiście. Z pewnością zapamięta tę Wigilię, jako najgorszą kolację swojego życia. Z drugiej strony było naprawdę miło. Tato był zadowolony, mogąc zadać milion pytań na temat życia w Australii, Artur dzielnie tłumaczył i co tam nielubiane grzybki, liczy sie atmosfera. 

PETENCI

 Udałam się dzisiaj do oddziału NFZ po odbiór EKUZ. Zdziwił mnie tłum ludzi tuż przy wejściu – była 8:10, zwykle o tej porze jest pusto. Weszłam i ruchem reki zostałam zatrzymana przez strażnika – uprzejmego i młodego.

- Dzień dobry. Proszę zaczekać. Panie mają teraz zebranie.
- Dzień dobry. Zaczekam, oczywiście – i weszłam  dalej korytarzykiem w prawo, żeby usiąść sobie wygodnie tuz przed stanowiskiem wydawania kart. Inni czekali karnie w holu. Siłą rzeczy byłam pierwsza w kolejce, choć miałam mikro wyrzuty sumienia i tylko cudem nie zostałam zlinczowana. A może podziwiali mnie w milczeniu, że miałam odwagę przejść.

***

 Przyszłam  wczoraj na zebranie rodziców . Przy wejściu powitała mnie Pani Woźna – najważniejsza w szkole osoba. Wskazała mi ławeczkę tuz przy drzwiach.

- Tu siadać i czekać, bo podłogi mokre i się mi naniesie błoto. Kto to widział przychodzić pół godziny przed czasem!

Nie miałam odwagi się sprzeciwić. Szacun dla Pani W. – nigdy ne wypuści dziecka ze szkoły, jeżeli pisemne zwolnienie od rodziców nie jest potwierdzone podpisem nauczyciela.

PSYCHOLOGIA TŁUMU

 Artystka śpiewała Pieśń Solvejgi. Skończyła i publiczność zaczęła klaskać. Jednak to nie był jeszcze koniec, bo orkiestra grała dalej. Wszystkim zrobiło się wsytyd z powodu falstartu. Gdy skończyl się kolejny utwór, nikt nie zaklaskał. Każdy czekał, aż klaskać zacznie ktoś. Trwała ta cisza dłuższą chwilę, aż w końcu znalazł się odważny meloman. Altowiolista w orkiestrze uśmiechnął się nawet kpiąco, chociaż może mi się zdawało, bo siedziałam daleko.
 Też się dałam ponieść tłumowi. A myślałam, że nigdy mnie to nie spotka…

WARSZAWA – FESTIWAL WIWAT JAPONIA I FESTIWAL SUSHI

 Wybieram się do Warszawy by w sobotę 9 października  i niedzielę 10 października wziąć udział w Fetiwalu Sushi. Służbowo.

Od 11:00 do 17:00 w pałacu Zamoyskich przy ul. Foksal 2 będziecie mogli zobaczyć, czym się zajmuję w wolnym czasie.
Ale to nie ja będe główną atrakcją warszawskiego eventu.

Będzie można zobaczyć laleczki kokeshi – ponad setka różnch przedstawicielek gatunku . I mnóstwo innych uroczych japońskich drobiazgów oraz trochę sprzętu do sztuk walki. Zobaczcie tutaj : www.zanshin.pl

!

Wiwat Japonia i Festiwal Sushi

WODA

 Na pasku w TVN24 przewinęła się informacja, że na moim osiedlu nie ma wody. Ale to wiedziałam już od rana, bo nie zdążyłam umyć włosów. O 6:30 leciała tylko zimna woda, co mi nie przeszkadza, bo mam jakiś wewnętrzny przymus mycia włosów z samego rana i nie ma możliwości, żeby ich nie umyć. Ale gdy już wyekspediowałam dziecko do szkoły, okazało się, że z kranu nie leci nic. W czajniku pustki, w butelce tylko odrobina lekko gazowanej Nałęczowianki. 

 Ale nie narzekam. Przytaszczyłam dwie zgrzewki wody i zaległam na kanapie. Zostałam w domu, bo tak mnie coś ścięło -katar, bolące gardło, łamanie w kościach i ogólnie nieciekawie. Wideo na życzenie pozwoliło mi na pobranie pierwszego odcinak siodmej części Chirurgów, a jeśli jeszcze włączą Desperate Housewives, to będzie nirwana. 

 Muszę jednak coś zrobić z włosami i to będzie dobry moment na sprawdzene do czego wystarczy półtoralitrowa butelka wody. Jeśli się postaram, może nawet uda mi się zrobić pranie?

PS Około 15:00
Woda płynie. Nie będzie o 19 newsa o biednych, pozbawionych wody mieszkańcach Naszego Osiedla.

ZNAJOMA

- Ukłoniła mi sie przed chwilą taka jedna piętnastoletnia dziewczyna – pochwalił się Rafał.

Zareagowałam gwałtownie:

- A skąd ty masz piętnastoletnie znajome?!

Rafał popatrzył na mnie dziwnie.

- Przecież to nie moja znajoma, tylko naszego syna!

Ups.

NIE CHWALĘ SIĘ

Dzisiaj nadszedl kryzys. Nie poszłam na siłownię, pożarłam paczke delicji i kilka czekoladek. Próbowałam odkupić winy brzuszkami, ale mi się odechciało po dziesiątym.

Na dodatek na francuskim dostałam zadanie domowe. Zadanie domowe ?! W moim wieku?! Dlaczego wcześniej, szukając dodatkowej godziny na francuski, nie pomyślałam, że potrzebuję jeszcze jednej godziny na odrobienie zadania i pouczenia się słówek w wolnym czasie.  Na dodatek muszę dawać dobry przykład Arturowi, bo on ma francuski zaraz po mnie, z tą samą panią i tez ma dużo zadane. Musimy wymyślić jakiś system, grupę wsparcia może, odrabianie zadań przy wspólnym stole, wzajemne odpytywanie może.

Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo. Na pocieszenie w sobotę Madame Butterfly.