Kategorie

CHWALĘ SIĘ

 Po killku wizytach na siłowni i wyciskaniu dziesiątych potów na sali gimnastycznej pod czujnym okiem Trenera, poczułam się szczuplejsza. Mogę już powiedzieć, że ćwiczę regularnie (w końcu dwa razy w tygodniu od trzech tygodni, to regularnie), nie obijam się na treningach, noga ma być wyżej, to jest wyżej, 20 powtórzeń – jest 20 powtórzeń – no, może nie ma się czym chwalić, ale każdy kiedyś zaczynał. Dla usprawiedliwienia dodam, że na pierwszym treningu ledwo robiłam 15.
 I bluzki stały się jakby luźniejsze. To znaczy nie "jakby", ale one naprawdę są luźniejsze. I dżinsy zapinam  bez wysiłku. I na trening biegnę, jak na skrzydłach pomimo tego, że Trener wrócił z kursu trenerów osobistych i straszy mnie, że nauczył się takich rzeczy, że go znienawidzę.

 Dzisiaj miałam trening na sali gimnastycznej – tylko ja, Trener  i wielkie lustro, w którym mogłam się podziwiać do woli. Po drugiej stronie lustra – uśmiechnięta ja. Fajnie wyglądałam taka wyszczerzona. Po 15 minutach nie było mi już do śmiechu, pot lał się strumieniami, wytapiał się tłuszcz, noga wyżej, przysiad niżej, jeszcze 2, jeszcze 1. Zatrzymaj! Dobrze. Jeszcze raz! 

 Chyba to lubię.

 

DZIEŃ SPADANIA

 Pracowicie obrałam i posiekałam marchewki, cebulę, cukinię, pietruszkę, kalarepkę, śliczny maly kalafiorek podzieliłam na różyczki,wszystko wrzuciłam na patelnię i już mi ślinka ciekła, bo głodna byłam potwornie. Sięgnęłam po sól i z szafki nad kuchenką i wypadła paczka makaronu. Prosto na rączkę patelni, której akurat nie trzymałam. Patelnia wykonała piękne salto i moje jarzynki wylądowały na podłodze. Trochę też na ścianie i na szafkach, na mnie na szczęście nie, bo były gorące, prawie gotowe.

 Zamiast dietetycznego obiadu mialam dużo ruchu w postaci mycia kuchni. A na obiad bułkę.

 A gdy schylałam się, żeby podnieść kluczyki, które dziwnym trafem znalazły się na podłodze, na głowie wylądował mi telefon i rozleciał się w drobny mak. Poskładałam, działa, ale na wszelki wypadek nie będę się już dzisiaj ruszać z kanapy.

JAWNE TAJEMNICE

 Dowiedzieć się z Twittera o zaręczynach bratanicy – bezcenne!

Bardzo się cieszę i tak  mi jakoś… dziwnie. Mania zaręczona? Ta Mania, która zdziwiona obchodziła indyka dookoła i upewniała się, czy to na pewno nie jest kura? Ta Mania, która siedząc na mnie okrakiem na plaży obsikała mnie i musiałam błyskawicznie się zanurzyć w lodowatym Bałtyku?

A tu proszę. Gratulacje! I miłej zabawy w Turcji.

PLAN DŁUGOTERMINOWY CZĘŚĆ 2


 Kolejna część długoterminowego planu przewiduje także pokazanie się na plaży bez stresu. Jak wiadomo próbuję się odchudzić od zawsze, z tym, że do tej pory nie poczyniłam w tym kierunku żadnych kroków, oprócz wydania pieniędzy na karnet na siłownię. Udowodniłam sobie, że od samego posiadania karnetu się nie chudnie. Kilka razy próbowalam się umówić na siłowni na prywatna sesję z trenerem, ale zawsze mnie spławiali, mówiąc, że lepiej, jak najpierw przyjdę i się rozejrzę, a potem się ewentualnie zdecyduję. Nie to nie. Widocznie nie za bardzo mi zależało. Ale tym razem znalazłam trenera w Internecie i od razu wyznaczyl mi termin sesji. Bo ja muszę mieć nad sobą bat – czyli umówić się konkretnie, na konkretną godzinę, z konkretnym człowiekiem .

 I oto mam trenera. Ba, nie tylko mam, ale regularnie się z nim spotykam (dwa spotkania,  to już chyba regularnie?).  Umówione mam następne. Staram się, dzielnie ćwiczę, a trener obiecuje mi różne cuda i roztacza przede mną wizję świetlanej przyszłości. Na przykład taką, że zrobię pompkę. Nikomu tego jeszcze nie mówiłam, ale ja nigdy w życiu nie zrobiłam pompki.  Ani jednej. Czekam więc na efekty. Gdy zaczną mi opadać spodnie i zrobię tę nieszczęsna pompkę, pochwalę się.

 Byłam też na spotkaniu z dietetyczką, która tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że nie ma takiej rzeczy o zdrowym odżywianiu, której bym już nie wiedziała.Wiedziałam także to, że schudnę, jeśli odstawię słodycze i alkohol. No to odwyk. Jak mus, to mus.

 

MAM PLAN


Wspominając z rozrzewnieniem lipcowy pobyt w Antibes pomyślałam, że raz się żyje. I zarezerwowałam bilety na samolot na przyszłoroczne wakacje.

Grunt to plan długoterminowy.

PODCINANIE KOŃCÓWEK

  Udałam się dzisiaj do nowego salonu fryzjerskiego i umarłam.  Gdy pani myła mi włosy, fotel masował mi plecy. Pani myła i myła te włosy, masowała głowę,  fotel masował, no nirwana.

 Właściwie chciałam tylko podciąć końcówki. Od kilku lat zapuszczam włosy, bo chcę mieć długie, ale ilekroć dorosną mi do ramion, idę podciąć końcówki i wtedy pani fryzjerka proponuje mi, że może trochę wycieniujemy. I wychodzę z krótkimi włosami, potem płaczę, potem przysięgam, że nigdy więcej i następnym razem sytuacja się powtarza.

 Ale nie dziś. Poszłam do  nowego salonu  podciąć końcówki  i powiedziałam, że chcę tylko podciąć końcówki, bo zapuszczam włosy, ale (i tu mi się wymknęło, jak zawsze), jeśli ma pani inne propozycje, to ja chętnie posłucham. A pani fryzjerka stwierdziła, że skoro zapuszczam, to tylko podetnie końcówki i trochę odświeży grzywkę. I tak mi podcinała i odświeżała przez godzinę. Naprawdę czuję się dopieszczona i wyszłam bardzo zadowolona z fryzury. Rafał powiedział, że nie wyglądam na 40 lat, a gdy się zaczęłam dopytywać na ile wyglądam, powiedział, że na 32. Jeśli dodam jeszcze, że przez godzinę cierpliwie na mnie czekał u fryzjera, to zacznie się tu wyłaniać obraz męża idealnego. 

  

DUCH

 Wracając ze sklepu zauważyłam pewnego lokalnego Poetę, ale gdy podeszłam bliżej okazało się, że to nie on. Dzisiaj przeczytałam, że on wczoraj zmarł. Dziwnie mi…
 

POWRÓT

Miesięczne zaległości odrobiłam w trzy dni, nie zaniedbując codziennych obowiązków. Zaczęłam się więc poważnie zastanawiać jaki sens ma praca  we wszystkie dni robocze.

RÓŻNICA POKOLEŃ


- Nie zapomnij o adresach! – przypomniałam Arturowi, bo w piątek wyjeżdżamy, a szkoda by było, gdyby urwały się kontakty z tak wieloma poznanymi tu ludźmi.

W moim notesie – ulice, numery domów, kody pocztowe, miasta, państwa, telefony i emaile.

W komórce Artura – wyłącznie emaile. A poza tym, jak stwierdziło moje dziecko, po co adresy, skoro i tak wszyscy są na Facebooku.

CO KRAJ TO … MILKA


Z wielkim zdumieniem patrzyłam wczoraj, jak francuska mama kupuje tabliczkę czekolady oraz bagietkę, wkłada czekoladę do bagietki i podaje taką kanapkę dziecku.

 Przyjrzałam się czekoladzie – zwykła milka, z tym, że tabliczka była węższa. Na opakowaniu zbiorczym – obrazkowa instrukcja spożywania. Bierzemy wąską tabliczkę, wkładamy ją do bułki i spożywamy ze smakiem.

   W sumie – dlaczego nie? Skoro może być pain au chocolat, croissant au chocolat, to dlaczego nie bagietka? Skoro jadamy kanapki z nutellą, dlaczego nie kanapki z twardym i pożywnym kawałkiem milki? Mimo wszystko.. dziwnie jakoś. Głęboko we mnie siedzi przeświadczenie, że czekolada jest na deser.